Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania oraz korzystania z narzędzi analitycznych, reklamowych i społecznościowych. Szczegóły znajdują się w polityce prywatności. Możesz zarządzać ustawieniami plików cookies, klikając w przycisk "Ustawienia". Ustawienia Rozumiem i akceptuję

Kilka dni temu przez sieć przetoczyła się fala oburzenia w związku z kampanią Warszawskiej Szkoły Reklamy, która postanowiła przekazać światu, że nie ma lepszego zawodu niż marketer (pfff!), a cała reszta to dno i metr mułu. Słabe, ale niestety szara codzienność jest jeszcze bardziej beznadziejna.

Oczywiście domyślam się, że zamysłem twórców reklam WSR nie było obrażanie czy wykpiwanie kogokolwiek (przynajmniej taką mam nadzieję), a zrobienie czegoś na kształt rewelacyjnej kampanii niemieckiego jobsintown.de. Ta jednak operowała na pewnym poziomie abstrakcji. Dla przypomnienia:

Szkoda czasu na kiepską pracę

No cóż, a WSR wyszło, jak wyszło. Ta sytuacja jeszcze bardziej uświadomiła mi, że w naszym kraju istnieje pewne przyzwolenie na dzielenie ludzi na lepszy i gorszy sort w zależności od sytuacji życiowej czy wykonywanej pracy. Świadkami takiej jawnej pogardy czy cichutkich, zjadliwych upokorzeń jesteśmy bardzo często.

Przypomniała mi się sytuacja sprzed kilku miesięcy. Byłam w jednej z popularnych drogerii, gdzie  panie zajmujące się obsługą klienta noszą czarne ubrania, a usta malują na intensywne, modne kolory. Kultura obsługi w tej sieci wymaga od pracowników szybkiego zainteresowania się klientem i podjęcia próby doradzenia. To bardzo wygodne, gdy szukamy czegoś konkretnego. Ja trafiłam tam akurat w poszukiwaniu nowego zapachu, więc panie dały mi czas na swobodne zapoznanie się z bogactwem działu perfum.

Tuż obok mnie, inna konsultantka rozmawiała z klientką – młodą dziewczyną, ubraną w modne i markowe ciuchy. Szukała jakiegoś pudru czy podkładu. Dobrze przygotowana do sprzedaży, uśmiechnięta i uprzejma babka uważnie wysłuchała klientkę, zadała kilka konkretnych pytań dotyczących cery i przyzwyczajeń, zaproponowała produkt, a na koniec zastosowała lubianą przez handlowców technikę wzmocnienia poprzez odwołanie się do własnych doświadczeń. Powiedziała klientce, że sama używa tego kosmetyku i jest bardzo zadowolona.

Reakcja dziewczyny była zaskakująca – zarówno konsultantkę, mnie, jak i stojącą nieopodal kierowniczkę sklepu. Wyprostowała się, położyła ręce na biodrach, skrzywiła, jakby zjadła coś kwaśnego i odpowiedziała donośnie, z wyraźną wyniosłością coś w stylu: „TY tego używasz? Nie chcę produktu, na który CIĘ STAĆ”. Pracownicę sklepu zbiło to z pantałyku, ale szybko się opanowała i powiedziała coś o świetnych promocjach, z których skorzystała. Stojąca niedaleko kierowniczka nie zareagowała wcale. Moją uwagę dotyczącą traktowania innych z należnym szacunkiem, panna zbyła wzruszeniem ramion. Wkrótce wyszła ze sklepu, oczywiście niczego nie kupując. Kierowniczka podeszła do pracownicy, szepcąc coś o bezczelnej gówniarze. Cykl pogardy się zamknął.

W tej sytuacji zdumiewa mnie najbardziej bierność kierownika – rozumiem, że sprzedaż jest ważna, ale podejście „klient nasz pan” i przyzwolenie na publiczne poniżanie pracownika ma dotkliwe skutki społeczne. Ta młoda, zmanierowana dziewczyna, wyszła ze sklepu w poczuciu triumfu, bo ONA ma PIENIĄDZE, więc MOŻE WSZYSTKO. Nie? Jak to, przecież nikt nie powiedział, że tak jest źle. Asertywności ze strony sprzedawczyni jakoś nie oczekiwałam. Domyślam się, że za nawet nieuzasadnioną skargę klienta może grozić wypowiedzenie. Lepiej już wziąć to na klatę. A to właśnie pokłosie pozwalania przez lata klientom na wszystko, tylko dlatego, że zostawiają w kasie pieniądze. Oczywiście nie zawsze tak jest. Wielu sprzedawców nie daje sobie w kaszę dmuchać. Tylko zwykle robią to w sposób równie nietaktowny. Chamstwo rodzi chamstwo. I wszyscy mają zepsuty dzień.

W obliczu coraz śmielej rozlewającego się wokół jadu i coraz pewniej kroczącej arogancji może zamiast tych okropnych coachingowych gadek, o tym, że możesz zostać, kim chcesz, wystarczy, że będziesz o tym dużo myślał, zacząć uczyć ludzi jak ze sobą rozmawiać? By w końcu były to rozmowy, a nie odszczekiwanie.

Drogeryjna sytuacja to jeden z bardziej jaskrawych przykładów bufonady, z jakim miałam do czynienia. Jednak każdy z nas niemal codziennie spotyka się z choćby delikatnymi przejawami takiej dyskryminacji – objawiającej się w drobnych złośliwościach, w wymownych westchnieniach i przewracaniu oczami. Biorących się z przekonania, że to czym MY się zajmujemy jest lepsze, ważniejsze, fajniejsze. Oczywiście – nasze kompetencje i możliwości się różnią. Ale wszyscy tkwimy w tym samym ekosystemie. I jesteśmy od siebie w jakiś sposób zależni.

Chamstwo rodzi chamstwo