Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania oraz korzystania z narzędzi analitycznych, reklamowych i społecznościowych. Szczegóły znajdują się w polityce prywatności. Możesz zarządzać ustawieniami plików cookies, klikając w przycisk "Ustawienia". Ustawienia Rozumiem i akceptuję

Urodziłam się w połowie lat 80. Wtedy, kiedy nie było już tak bardzo źle, choć jeszcze wcale nie było dobrze. Ze świata w moich pierwszych latach życia niewiele pamiętam. Najbardziej ten kontrast – między szarością codzienności i połyskliwymi, kolorowymi wizytami w Peweksie. Nie pojmowałam wtedy istoty zmian, które budowały nową rzeczywistość. Dużo istotniejsze były dla mnie zmiany, które poszerzały przede mną horyzont. Technologiczne.

Pamiętam czasy bez komórki. Ba, pamiętam nawet czasy bez telefonów stacjonarnych. Pamiętam też, że gdy już pojawiły się na naszym osiedlu, niedługo potem usłyszałam o internecie. O edukację techniczną dbał mój Tata. Pasjonat nowinek, magister inżynier pilnował, bym przynajmniej w jakimś procencie była na bieżąco. Stosunkowo szybko mieliśmy zatem dostęp do sieci. Chyba nigdy z mojej głowy nie zniknie wspomnienie dźwięku modemu łączącego się z internetem. Pierwsze połączenia były bardzo krótkie, bo drogo, bo impulsy, bo linia wciąż zajęta. Stron WWW w polskiej sieci też było niewiele.

Jakiś czas później, zmiana dostawcy internetu sprawiła, że mogłam siedzieć przed komputerem (stacjonarnym, rzecz jasna) całe wieczory – w miesiącu było do wykorzystania aż 100 godzin! Jak liczyłam, dawało mi to ponad trzy godziny dziennie w sieci. Wtedy wydawało się to niemożliwe do wykorzystania… Nie do wiary, prawda?

Internet był kuszący – z tamtej mojej perspektywy, najbardziej cieszyła mnie możliwość kontaktu z innymi ludźmi, z najdalszych zakątków Polski – przez maile, IRC-e, z czasem także czaty. I to, że zawsze można było zniknąć – bez śladu, jak mi się wtedy wydawało. W razie czego wystarczyło się rozłączyć, a potem zalogować używając innego nicku. Myślę, że to właśnie ta anonimowość była największą siłą napędową rozwoju sieci.

Internet nas zbliżył i jednocześnie oddalił. Połączył i poróżnił. A ponad wszystko dał nam poczucie bezkarności.

OK, internet zawsze można było zapytać o coś, o czym trudno było rozmawiać w domu czy wśród znajomych.

OK, od zawsze można tu było pogadać z kimś obcym i powciskać mu największy kit na świecie.

OK, w sieci zawsze można było niewinnie pożartować czy całkiem na serio się wyżyć.

Tylko, że dziś nie ma tu dyskusji bez pyskówek, nie ma informacji bez żadnego radykalnego komentarza, nie ma relacji bez uzewnętrzniania czy złośliwości.

Przykładów nie trzeba szukać, znajdują nas same. Firmowy mailing do szerokiej bazy adresatów – bezosobowy, taki jaki zwykle usuwamy bez czytania. Choć i odpowiedzieć można. I odpowiadają, np. tak: „Wypierdalaj!„. „Gówno wiecie„, „pustak jesteś i jude„, „jest na to lekarstwo – 9 gram ołowiu„, „jako kobieta to ta larwa nie musi się nikogo bać„, „do pieca z nim” – kilka komentarzy do dwóch najbardziej aktualnych artykułów, Facebook. Pod imieniem i nazwiskiem, z profilami, dzięki którym można lustrować całe życie: od miejsca pracy (i w tych przypadkach wcale nie jest to „Szlachta nie pracuje”), przez zdjęcia z ostatniego urlopu, aż po dzisiejszy obiad. Nikogo to nie dziwi, znajomym i rodzinie nie przeszkadza. Ot, taka nasza codzienność.

Ostatnie dwudziestolecie przyniosło wiele zmian – technologie rozwijają się na naszych oczach, codziennie trawimy setki informacji. Dni płyną coraz szybciej. Dziś jest poniedziałek, a za chwilę już czwartek. Dziś masz 20 lat, a zanim się zorientujesz, przekraczasz czterdziestkę. Czas jak nigdy jest na wagę złota. Mamy niemal nieograniczone możliwości, a codzienność kolorowa jest na stałe. A my? A my właśnie odpisujemy na te mailingi…

Nienawidzę, więc jestem