Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania oraz korzystania z narzędzi analitycznych, reklamowych i społecznościowych. Szczegóły znajdują się w polityce prywatności. Możesz zarządzać ustawieniami plików cookies, klikając w przycisk "Ustawienia". Ustawienia Rozumiem i akceptuję

Ślepnę. Nie w sensie utraty wzroku, choć kilkanaście godzin dziennie przed ekranem komputera pewnie do tego prowadzi. Coraz częściej jednak nie zauważam drobnych literówek, przestawionej kolejności liter czy nawet całych słów. Zlewają się w całość, tłoczą w rzędach, stając się trudne do odróżnienia. Ewolucja poszła w złym kierunku. Oduczyłam się czytać – zaczęłam skanować. Dla każdego, kto pracuje ze słowem, taka ślepota jest bardzo złym objawem.

Wstyd się przyznać, ale w ubiegłym roku przeczytałam tylko trzy książki. Ten wynik mnie smuci, nie pociesza mnie fakt, że i tak wypadłam lepiej niż 63% naszego społeczeństwa. Ze zgrozą przeglądam wyniki czytelnictwa w Polsce w 2015 roku, opublikowane przez Bibliotekę Narodową. 18% badanych przyznało, że NIGDY nie czytało żadnych książek. 57%, że czytało tylko w szkole lub na studiach, a później zaprzestało. 25% z kolei twierdzi, że czytało, ale ostatnio rzadziej sięga po książki…

Świetnie ma się za to czytelnictwo w sieci – np. 1/4 internautów regularnie czyta blogi. Zaraz… Czyta? Serio? Ja nie potrafię. Moje czytanie w sieci przypomina zachowanie dziecka, którego niecierpliwi siedzenie na niedzielnej mszy. Gdy muszę przeczytać na ekranie dłuższy tekst, zaczyna mi być niewygodnie na krześle, skupiam się na zmianach pozycji, zajęciu czymś rąk. Mam wrażenie, że wzrok prześlizguje się po literach, wyłapując tylko nietypowe elementy – wytłuszczenie, kursywę, może jakieś rzadko spotykane słowo. Po przeczytaniu fragmentu często muszę do niego wrócić, bo zwyczajnie nie wiem o czym był.

To irytujące i zjadające czas. Mam pokusę, by drukować wszystko co muszę przeczytać, a zajmuje więcej niż pół strony. Ale wtedy przypomina mi się formułka coraz częściej dołączana do maili (stosowana zwłaszcza w moich ulubionych korpo. Często z mailem opatrzonym nagłówkiem „DO WYDRUKOWANIA NA SPOTKANIE”): Czy musisz drukować tę wiadomość? Pomyśl o środowisku. Myślę trochę. Nie drukuję. Męczę się więc dalej.

Podobno na ekranie monitora lepiej czyta się seniorom i korektorom. Tym drugim przynajmniej nie przeszkadza ono tak mocno, jak większości ludzi. W sumie ten bilans wychodzi dla mnie zarazem na plus i na minus. Wychodzi na to, że nie jestem jeszcze taka stara, ale z kolei chyba kiepski ze mnie korektor.

Co może wydawać się dziwne, lepiej czyta mi się tekst na ekranie smartfona. Może to bliskość i wielkość liter, a może mniejsze „porcje” tekstu dostępne od razu na ekranie. W każdym razie takie czytanie jest dla mnie bardziej efektywne. Innego zdania jest mój kręgosłup w odcinku szyjnym. Oprócz niego, przed przerzuceniem treści z komputera na komórę powstrzymuje mnie jeszcze moja niezgrabność w używaniu ekranu dotykowego i spore ograniczenia aplikacji mobilnych w porównaniu do desktopowych.

W ramach detoksu dokończę zatem książkę. Trochę się boję, że i na nią przyjdzie czas – że okaże się za 5, 10 czy 15 lat, że i po drukowanych literach umiem się już tylko ślizgać…

Nie umiem już czytać, skanuję